Sigur Ros,
Glasgow, Carling Academy, 8 lipca 2005
Juz z okien samochodu zobaczyłam kolejkę wijąca się
dookoła budynku, potwooornie długa. Juz miałam wizje
kilkugodzinnego oczekiwania, ale jak tylko bramy się
otworzyły, to kolejka ruszyła w tempie błyskawicznym,
piętnaście minut i byłam w środku. A w środku - jakaż to
radość dla moich oczu, tyle twarzy, od których trudno
oderwać wzrok, ciuchy, fryzury - wszystko to, wiadomo, w
klimatach :-). Dużo ludzi w T-shirtach z logo moich
innych najulubienszych zespołów. A i jakaś czerwona
koszulka z dumnym napisem 'Polska" minęła mnie dość
hałaśliwie. Szmer i gwar, cale mnóstwo ludzi przy barze,
spory ścisk przy stoiskach z koszulkami. Na scenie
wychodzi support, cztery dziewoje w sukienkach do
ziemi brzęczą na rzeczach przeróżnych, nawet nazwać ich
nie parafię. Dźwięki to zasadniczo mile dla ucha, trudno
co prawda zbyt wiele usłyszeć, bo gwar wokół potężny i
wszystkich bardziej zajmuje rozmowa niż słuchanie, ale
pytam Szotow, z którymi tam jestem "Podoba wam się?". "Are
you joking?" - odpowiadają mi zgodnie.
Potem na scence zostały spuszczone czarne 'firaneczki',
które były pól-zasłone dla ekipy szykującej sprzęt dla
Sigur Rós. I właśnie one zasłaniały zespół podczas
pierwszego utworu. Na początku trochę mnie to drażniło,
ale potem zobaczyłam wielkie cienie muzyków tańczące na
tym materiale, światła miały pole do popisu, zamigotały
na tym w najlepsze, dźwięki wybuchnęły z wielka siłą...
Poczułam - tak, tak, wreszcie.
Odpłynęłam zupełnie. Podobno w klubie było morderczo
gorąco, tak bardzo, ze ludzie mdleli z braku powietrza.
Podobno był taki tłum, ze z trudnością można było się
gdzieś przemieścić. Podobno. Tak mi powiedziano później.
Mało pamiętam tez setlistę. Ten pierwszy numer, zza
czarnej ściany, był z najnowszej płyty. Kiedy grali cos
starszego, sala wybuchnęła gromkimi brawami po pierwszej
nucie. Bardzo głośna publiczność. Brawa były tez w
środku utworów i wielkie, wielkie na końcu. Potężny
entuzjazm. Zespół to z pewnością czul, bo kiedy
opuszczali scenę po ostatnim bisie, z szerokimi
uśmiechami również bili brawa, tym razem to widownia
była odbiorcami.
Światła były najpiękniejsze. Specjalna scenografia na
tylnej ścianie za scena, albo wielkie fałdy materiału w
najróżniejszych kolorach, albo filmiki video, które 'domalowywały'
treść piosenki. I muzycy. Przede wszystkim oni. Jonsi
biegający od jednego instrumentu do drugiego,
ekspresyjny, skupiony. Czasem rozszalały, razem z
Georg'iem wywijający gitarami nad ziemia. Kjartan
schowany za klawiszami, cichy czarodziej wieczoru. Orri
- skład w tym małym ciele tyle siły? Moj towarzysz, z
zamiłowania perkusista, z zachwytem spoglądał na niego i
chwalił, ze Orri gra jeszcze lepiej, niż dwa lata temu,
kiedy widział zespół na koncercie.
Nagle zeszli ze sceny. Po tym wszystkim, po ukochanych,
słuchanych setki razy w ciemnym pokoju piosenkach, po
tych kilku nowych, w towarzystwie których przyjdzie
jeszcze śnić wiele snów, nagle, tak po prostu... Ale na
krotko, grom braw i wrócili na kilka minut, kilka
pięknych minut. W połowie piosenki muzyków znowu
przysłoniła czarna zasłonka, znowu te wielkie,
niesamowite cienie i światła, światła, światła. Potem
wyszli juz tylko, żeby głęboko się pokłonić.
Uśmiechnięci.
Takk.
Bea