News`y! historia grupy itp artykuły, wywiady, relacje płyty i płytki teksty i tlumaczenia zdjęcia, fotografie, widoczki niezbędnik fana fajnie odwiedzić dyskusje, wywody, rozmowy zostaw ślad wyspa, klimaty, przepisy, tradycje my Strona startowa  
   

 

 

Sigur Rós
Arena, Berlin, 20.02.2003


 

Och Apollo, Apollo, cudowne nasienie Zeusowe, Ty, którego śpiewne łabędzie pieśnią najpiekniejszą na świecie witały, Ty przejrzystooki i przejrzystomyślny co to czas i przestrzeń inteligibilią szyjesz jak powietrze strzałą łuczną, Ty- mistrzu śpiewców, grajów, poetów i wieszczów, jak to dobrze, kurde jak to dobrze, że się Stary postarałeś i mecenatem swym czcigodnym Sigur Rós objąłeś, a mi zezwoliłeś
łaskawie w nadszprewiańskich apollinaliach uczestniczyć i koncert Islandczyków na żywca obejrzeć... Plusa masz przeto wielkiego i staraj się dalej a płytę Sigur Rós (oryginalną, nie żadne tam CD-R) na Olimp Ci podkopsam a może nawet pozwolę cobyś pyknął se w bębenek pałeczką perkusyjną Orri'ego, jakową w pokoncertowym boju zdobyłem...

 

Podróż na berliński koncert zespołu Sigur Rós zainaugorowało pełne wysiłku powstanie z łoża co miało miejsce o godz. 6.30 19 dnia lutego 2003 roku. Około 8.45 siedzieliśmy już z Kasią w pociągu podążającym na... Kraków. Nic bardziej nonsensownego- jechać z Torunia do Berlina przez Kraków. W naszym przypadku było to jednak racjonalne gdyż pod Wawelem mieliśmy zasilić ekipę Shortcut Travel by jej autokarem udać się na imprezę. Niespecjalnie zasililiśmy Shorta w Krakowie, a to z tego powodu, iż wsiadły tam ledwie 3 osoby: Kasia i ja oraz kolega Adam z Lublina. Ponadto w autokarze, oprócz kierowcy, znajdował się Tomo, czyli pomysłodawca instytucji Shortcut Travel, pilot wycieczki, aktor i muzyk w jednym. Etap do Katowic spędziliśmy prowadząc kameralną dyskusję poświęconą oczywiście muzyce. Z pewnym niepokojem oczekiwałem przystanku w Katowicach a to z tej przyczyny, iż w progi pojazdu miała tam wkroczyć Aleksandra Motylokwietna, czyli Alexcure, czyli Ola. Choć nasza znajomość (mailowa) trwa już ze 2 lata, to dopiero w autokarze podążającym na koncert Sigur Rós (bardzo ładne okoliczności) zrealizowała się wizualnie, dialogicznie, a nawet przytulalnie. Przytulalnie dlatego, iż Ola- gdy uświadomiłem jej kim jestem- uroczo wyściskała mnie i Kasię. Póżniej bryka zatrzymywała sie i wchłaniała fanów w Opolu, Wrocławiu oraz Poznaniu. Rano pokonaliśmy granicę, w Berlinie zameldowaliśmy się ok. 10. O 11 pojazd stał już pomiędzy budynkiem Areny i wodami Szprewy a my obok niego. Większa część z nas wykonała rajd na komisy płytowe w Berlinie. Skorzystałem na tym wymiernie, gdyż nabyłem EPkę "Peepshow" formacji Miranda Sex Graden... Lekko zużyci i zmarznięci wróciliśmy pod Arenę ok. godziny 18. Krótki odpoczynek, papu, przebieranko, odświeżanko i tup, tup na imprezę.

 

Arena.

Po wstapieniu w progi Areny, zostaliśmy poddani rutynowej procedurze kasowania biletów oraz przeszukiwania. Proces przeszukiwania, acz stresujący- nie bardzo lubię gdy maca mnie facet- okazał się szczęśliwy. Dama obsługująca Kasię, czyli Trusię nie wylukała w plecaku aparatu fotograficznego:))

 Następnie udaliśmy się w kierunku sceny poszukując naszych miejscówek. Miejscówek dlatego, że cała hala była zastawiona krzesłami. Z tyłu zamykały zaś przestrzeń trybuny. A więc koncert w całości miał być statyczno- siedzeniowy. Dla jednych to zaleta, dla drugich wada. Osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy... Wraz z namierzeniem pozycji koncertowych popadliśmy z Kasią w euforię. Okazało się, że siedzimy w 7 rzędzie vis a vis sceny.

 

 Centralnie, prawie na samym przedzie. Szkoda mi tylko było Motylokwietnej, która wraz z całym Shortcutem miała zasiąść na dość odległych trybunach. Była bardzo niepocieszona.

Jednak jak to bywa z Motylami, już w trakcie spektaklu, beszelestnie i delikatnie sfrunęła Ola na sam początek by percypować koncert z jeszcze lepszych pozycji niż nasze. Generalnie Arena nie zachwyciła.

 

Shortcutowcy podkreślali, iż berliński Tempodrom - kameralna hala, w której Cure zaprezentował Dark Trilogy znacznie bardziej pasowała by do charakteru i nastroju muzyki Sigur Rós. W istocie Arena sprawia wrażenie XIX-wiecznej hali sporowo-handlowej. Nazbyt duża- budząca skojarzenia raczej z industrialem niż sztuką- przestrzeń miała kolidować z artyzmem i subtelnością występu Rós.

Na szczęście w trakcie percepcji koncertu zupełnie nie myśli się o takich rzeczach przez co problem przestaje być problemem. Chociaż dodać muszę, iż nie przestała być dla mnie problemem konieczność statycznego odbioru spektaklu... Generalnie Arena nie zachwyciła.


Shortcutowcy podkreślali, iż berliński Tempodrom - kameralna hala, w której Cure zaprezentował Dark Trilogy znacznie bardziej pasowała by do charakteru i nastroju muzyki Sigur Rós. W istocie Arena sprawia wrażenie XIX-wiecznej hali sporowo-handlowej. Nazbyt duża- budząca skojarzenia raczej z industrialem niż sztuką- przestrzeń miała kolidować z artyzmem i subtelnością występu Rós.

 

Na szczęście w trakcie percepcji koncertu zupełnie nie myśli się o takich rzeczach przez co problem przestaje być problemem. Chociaż dodać muszę, iż nie przestała być dla mnie problemem konieczność statycznego odbioru spektaklu...

Zanim impreza weszła w fazę bezpośrednio przedkoncertową zaliczyliśmy z Kasią toalety, myjąc przy okzazji szczęki, co bardzo bawiło korzystającą z umywalek publiczność niemiecką. Widocznie Germanie mają w zębach coś innego niż Słowianie i perspektywa stymulowania kłów szczoteczkami niewymownie ich podnieca. Kasia podczas przedwystępowej peregrynacji po hali wyniuchała, że w Sigur sklepiku (który wcześniej ostentacyjnie zignorowalem z uwagi na brak funduszy) można nabyć jakąś płytę z muzą Rós. Album kosztował 18 euro. Po przeliczeniu wszystkich walorów jakie posiadaliśmy, okazało się, że dysponujemy kwotą ledwie 13 euro. Wysłałem Trusię z misją do Shorta na trybuny by skombinowała brakującą 5-kę.

Misja zakończyła się sukcesem (dzięki Krzysiek!). W ten sposób weszliśmy w posiadanie płyty Hlemmur stanowiącej ścieżkę dźwiękową do dokumentu Olaffura Sveinssona o tym samym tytule. Album wypełnia dość niezwykła muzyka ilustracyjna, minimalistyczna, impresjonistyczna, na swój sposób intrygująca i piękna. Pozbawiona jednak zupełnie treści. Nic więcej ponad uroczo rozlewające się plamy dźwiękowe. Płakać przy tym nie można, ale można np. napisać fajny tekst na własną www. Polecam. W czasie kiedy Kasia walczyła o środki na zakup Hlemmur zainaugurowano pierwszy akt spektaklu. Polegał on na projekcji Sigurowych teledysków. Klipy Islandczyków są właściwie mini-filmami, stąd pokaz nie był krótki. Zaprezentowano oczywiście znane obrazy do Svefn-g-englar i Vidrar Vel Til Loftarasa. Dość nieoczekiwanie zaserwowano nam film nakręcony pod utwór Vaka ( dla niewtajemniczonych pierwszy utwór na ( )), który promuje zarówno najnowszy album Sigur Rós jaki i najnowszą EP-kę grupy. Video sfilmowano w podobnej  konwencji, co wcześniejsze teledeyski- hiperwolne tempo przepływających obrazów.

 

Obraz był za to mniej realistyczny od poprzedników; spod bodaj komputerowych efektów impresjonistycznych- szkarłatne, organiczne, kojarzące się z krwią plamy- przebijały się niezbyt szczęśliwe twarze i postacie dzieci. Nie wiem dlaczego, ale odnosiłem wrażenie, iż treścią jest tu przemijanie. Mogę się jednak bardzo mylić. Podobne projekcje miały za chwile towarzyszyć występowi Islandczyków... W tzw. międzyczasie wszedłem w sytuację dialogiczną z pewnym niemieckim gentelmnenem- ochroniarzem, który obiecał skonfiskować mi aparat przy następnym pstryknętym zdjęciu. Obietnicy nie wypełnił... Zanim Sigur Rós pojawili się w komplecie na scenie, klawiszowiec oraz perkusista zespołu, a także aniołek z formacji smyckowo-wiolonczelowej wspierającej Rós na płytach i koncertach zaprezentowali się w chrakterze... supportu.

Liderem grupy poprzedzającej (nazwy nie pomnę) gwiazdę, a ścislej Różę Wieczoru był koleś z Dallas. Podaną nam twórczość należy scharakteryzować w tych samych terminach, co Hlemmur: sporo ładnych dźwięków, mało formy i treści.
Niestety niemało też nudy (tym razem w przeciwieńswie do Hlemmur). Publiczność przyjęła wystep nader ciepło kwitując każdy utwór sporymi brawami. Ładnie. Później podziwialiśmy działalność technicznych by wreszcie około 21.30 powitać na scenie Różę Zwycięstwa. Zespół Sigur Rós powitałem na stojąco. Nie bardzo wypadało wstawać, gdy wszyscy siedzieli, lecz nie zdzierżyłem. Zbyt wiele miłości żywię do kapeli i jej muzy by sobie po prostu siedzieć. W takiej chwili.W chwili pierwszej, bezpośredniej percepcji zapachu islandzkiej Róży. A Róża zapachniała przepięknie. Długie, wietrzne, burzowe intro, które za płycie otwiera Vidrar Vel Til Loftarasa miało nas zmylić. Rozbrzmiały po nim bowiem takty kompozycji Vaka otwierającej nie tylko najnowszy album grupy, ale także... wszystkie koncerty trasy.

Zwodnicze intro nie mogło więc wprowadzić w błąd wtajemniczonych...
Wokalista Jónsi zajął na scenie pozycję centralną. Po prawej stronie, nieopodal krawędzi sceny, zasiadał profilem do publiczności bębniarz Orri. Uznaję ten sposób ekspozycji muzyka i jego instrumentu za tyleż ciekawy, co szczęśliwy. Dzięki temu nie tylko słyszeliśmy perkusistę, ale dokładnie widzieliśmy poczynania walącego szatańsko w bębny Orriego. Jak było to ważne dla percepcji spektaklu spytajcie Kasi. Do tej pory dziewczę goreje na myśl o "kochanym, niesamowitym bębniarzyku". Hmmm. Po lewej flance, także profilem do widowni, ulokowano obudowanego górą instrumentów klawiszowca Kjarriego. Czasmi zaglądał do niego Jónsi kombinując coś z jakimiś suwakami i śpiewając do czegoś, co trochę modulowało mu wokal. W tyle zasiadały skromnie, acz dostojnie dziewczęta smyczkowe. Jedno z dziewcząt ponadto obsługiwało cymbały sytuujące się w pobliżu stanowiska klawiszowego. Pomagało także Kjarriemu. Basista Goggi wymiatał na froncie w pobliżu wokalisty. Scenerię dopełniał zawieszony w tle ekran, na którym prezentowano intrygujące projekcje filmowe.

 

 Muzykę oraz wyświetlane obrazy doskonale, czasami genialnie harmonizowały kapitalne w ruchu i kolorze (bywało zielono, niebiesko, czerwono, pomarańczowo, jasno) światła. Pierwszą część Vaki przyjąłem z namszczeniem. Spokojem właściwym dla przeżyć sakralnych. Gdy jednak Jónsi udał się do swoich suwaków i modulatorów, gdy zaczęła się finałowa partia kompozycji przeżyłem zupełnie nowy dla siebie stan. Otóż stopniowo, od czoła w tył głowy, zjeżyły mi się włosy. Gdyby hery nie były splecione w kitkę, skończyłbym pewnie z fryzurą a la Robert Smith... Z kącików oczu wysypała się sól otoczona substancją wodną. Nie był to trans, lecz jakaś niesamowita egzaltacja. Nie umiem ująć zdarzenia w jakikolwiek dyskurs... Później było chyba coś z Agaetis byrjun. Nie pamiętam jednak, czy Fluguflersarrin, Staralfur, może Ny batteri... Jeśli dobrze sobie przypominam utworowi towarzyszył  "kosmiczny" efekt projekcyjny. Płynęliśmy wartko pośród mijających nas gwaizd.

 

 

Bodaj jako trzeci utwór spektaklu Sigur Rós zagrali... trzeci utwór z najnowszej płyty - instrumentalny. Trochę żałowałem gdyż pragnąłem usłyszeć kompozycję nr 2 z ( ). Nie doczekałem się niestety. Trójeczka wypadła przeuroczo. Jónsi wreszcie nieco mocniej popłynął na gitarze, ale smyczkowo-gitarowy indie-fuzz przyszło nam usłyszeć nieco później. Być może już w następnej kompozycji wieczoru, czego dokładnie nie pamiętam. Pamiętam za to, że miał wówczas miejsce mini-secik złożony z kawałków, których nie rozpoznałem. Prawdopodobnie były to utwory z Von lub zupełnie nowe kompozycje. Pierwszą część koncertu (wg mojej periodyzacji) zamnknęła czwóreczka z ( ). Przypadło togdzieś na połowę spektaklu. Od początku stało się oczywiste, iż wysytęp zespołu Sigur Rós stanowi dzieło sztuki kompletne. Każdy element był nieprzypadkowy i miał swoje miejsce w strukturze kompozycyjnej koncertu. Prezentacja muzyki nie była jedynym przedsięwzięciem  twórczym wieczoru. Piękno samej muzyki i doskonałość wykonania podkreślały kapitalne światła.

 

Nigdy nie zapomnę sceny skąpanej w intensywnej, harmonijnie przemieszczającej się zieleni, delikatnie pochłaniającej pochylonego, wręcz przykucniętego Jónsiego, który wekstazie wykonawczej generował ślizgającym się po strunach gitary smyczkiem nieprawdopodobny indie-fuzz. W niczym ustępujące wrażenie kreoawała aura niebieska otaczająca demolującego bębny Orriego. Piękne były też wszelkie odcienie czerwieni podkreślające najbardziej melancholijne prezentacje. Z muzą i iluminariami korespondowały projekcje filmowe. Z tymi akurat bywało różnie. Niektóre sprawiały wrażenie niedopracowanych, inne były genialne. Część obrazów miała charakter tylko formalny- plamy organiczne kojarzące sie z krwią, czy z wnętrzem komórki, wspomniany efekt kosmiczny, inne projekcje niosły pewną treść. Myślę o obrazach "egzystencjalnych", a więc tych, które spod rozlanych, barwnych "zniekształcaczy" wydobywały ludzkie postaci i twarze. Często postaci i twarze dzieci. Kwalifikuję je jako egzystencjalne, dlatego, że nieodparcie narzucały mi na klatkę pieriową ból przemijania... Całość artystyczną współtworzyło też zachowanie muzyków na scenie. Dodać trzeba zachowanie całkowicie szczere i spontaniczne. I pełne skromności. Zero pozerstwa. Jónsi zdawał się nie zdawać sobie sprawy z czegokolwiek, co wykraczałoby poza generowany dźwięk.

 

 W połowie imprezy przypomniał sobie o przeprosinach dla tych, którzy przybyli na Rós do Areny w październiku, a koncert się nie odbył z przyczyn losowych. Przemawiał jak zawstydzone, wyrwane ze snu dziecko... To było słodkie. Ruch sceniczny muzyków Sigur Rós przypominał kołysanie, pokłanianie się podwodnych traw delikatnie stymulowanych przez leniwy prąd morski. Efeket podwodnej trawy szczególnie był uroczy w przypadku zamazujących się w tle postaci dziewcząt smyczkowych. Panna plus skrzypce to przepiękne zestawienie... Basista wykonywał ruchy tyleż niedbałe, co pogrążone w melancholii. Klawiszowiec sprawiał wrażenie muzułmanina bijącego pokłony klawiaturze. Bębniarz Orri hipnotyzował wręcz konwulsyjną ekspresją, ilekroć odgrywał bardziej gwałtowną partię. Jónsi jak to Jónsi: z zawsze zamkniętymi oczami albo stał na baczność nieruchomo przed mikrofonem lub przed suwakami (profilem do nas), albo pochylał sie nad gitarą tnąc struny poszarpanym smyczkiem. Po stronie publiczności było nie najlepiej. Siedzeniowy charakter koncertu trochę zabijał... koncertowość. Mam wrażenie, że usztywniał publikę (na pewno polską-spontaniczną) i oddalał to, co było nam prezentowane. Osobiście czułem pewien dystans wobec seceny, nie do końca jednoczyłem się z przedmiotem percepcji.

Ogląd psuły ponadto denerwujące wycieczki niektórych z widzów. Kolesie sobie wstawali z miejsc, przebijali się przez rząd i spadali by po paru chwilach wrócić. Kino. Po prostu kino. Bardzo mi to przeszkadzało. Miałem ochotę kogoś
strzelić. Takich zawodników winno się nokautować i wyprowadzać bezpowrotnie z sali...

W drugiej (wg moich pojęć) części koncertu usłyszeliśmy m. in. Olsen, Olsen, Hafssol, a także niesamowitą wersję 5 lub 6-ponownie brak mi precyzji- z ( ). Przeróbka była kapitalna. Trudno właściwie było w niej zidentyfikować oryginał, stąd być może problem z odcyfrowaniem utworu. W każdym bądź razie po koncercie orzekliśmy zgodnie z Adamem, że mieliśmy do czynienia z wersją jednej z pieśni z najnowszej płyty. Wersją zupełnie zaskakującą. Bardzo dynamiczną, ale pełną rozwodnoniej, choć wartkiej harmonii. Smaku kompozycji dodawał bezbłędny wokal Jónsiego i niesamowite efekty syntezatorowe. No i wbijający w siedzenia indie-fuzz. Znowu wysypała mi się sól z gałek ocznych... Niebo. Zejście muzyków ze sceny zaktywizowało niemiecką publiczność. Część ludzi wystapiła z rzędów (ja oczywiście też), stanęła w przejściu między rzędami, domagając się histerycznie powrotu Róży do akcji. Róża nie dała się długo prosić. Bis był wymarzony. Usłyszałem ukochane Vidrar Vel Til Loftarasa i 8. Na poziomie ósemki przebywałem już w transie, rzucałem dynią, oczy miałem zamknięte bądź patrzyłem w sufit. Odjazd. Tych emocji nie można już oddać tekstem...


Gdy Sigur Rós zeszli ze sceny po raz drugi i ostatni wydarzyło sie coś mistycznego. Wszyscy powstali z miejsc bardzo długo bijąc brawo. Mam wrażenie, że nie chodziło tu już wcale o żądanie powrotu muzyków. Było to po prostu zakochane wyrażenie wdzięczności... Okazało się, iż atmosfera specyficznego zjednoczenia w tym, co piękne i dobre wytworzyła się znacznie wcześniej niż finał spektaklu. Z różnych przyczyn nie odczułem tego. Percepcja koncertu była z mej strony zbyt egocentryczna. Wspaniałe posigurowe słowa przysłała mi Aleksandra Motylokwietna. Pozwolę sobie je zacytować: [W sercu odczułam] przede wszystkim napływ tak silnej dawki miłości, spokoju i dobra, co udzielało się ludziom stojącym i siedzącym obok mnie, kiedy byłam pod sceną, patrzyliśmy na siebie z taką miłością i uśmiechem, ludzie obcy, ale tak pozytywnie nastawieni, ukojeni w błogości atmosfery utworzonej przez Sigur Rós. Miałam ochotę kogoś przytulić mocno do serca i razem z nim płakać...


Tak proszę państwa działa zapach Róży Zwycięstwa. Woń najpiękniejszego kwiatu na świecie. Być może będziecie mogli zakosztować go już w czerwcu w Warszawie :))

Specjalne podziękowania dla Doroty i jej Męża. Zawdzięczamy
Wam ten Koncert...
Dziękuję też Kasi za to, że była, Motylokwietnej za ciepło i...
Dzięki też Shortcutowi za fajną podróż i fajne znajomości.
Wyrazy podziwu dla Krystiana.
Pozdro i dzięki dla wszystkich uczestników imprezy.
Do zobaczyska niebawem.

ps. przytoczona przeze mnie kolejność zaprezentowanych przez
zespół utwórów nie do końca może byż zgodna z setlistą...
w ten sposób zapamiętałem koncert i niech tak pozostanie...

Górek

foto Rafał Grodek

Dodaj komentarz do tego artykułu:

(redakcja sigur-ros.art.pl nie odpowiada za treść umieszczonych komentarzy)

 

 

Twoje imię:
Twój komentarz:

 

 

news : zespół : artykuły : dyskografia : teksty : galeria : media : linki : forum : księga gości : Islandia : autorzy

 

design by Lu©2004