"Dziewięć miesięcy ciemności"
Jesteście którymś z kolei zespołem z Islandii, który
zrobił karierę nie tylko w Europie, ale na świecie. Na
czym twoim zdaniem polega fenomen waszego kraju i
muzyki, którą robicie?
Jonsi Birgisson: Nie wiem. Trudno jest odpowiedzieć na
tak zadane pytanie. Myślę jednak, że duże znaczenie ma
tutaj fakt, że nasz kraj jest bardzo mały. Żyje w nim
nieco ponad 300 tys. ludzi. Jesteśmy odizolowani od
reszty świata i to ma pewnie spore znaczenie. Na naszej
wyspie mamy wszystko to, czego nam potrzeba oprócz
słońca (śmiech). Przez dziewięć miesięcy w roku jest
ciemno i dlatego musimy zajmować się czymś co daje nam
przyjemność i sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Dlatego
na Islandii bardzo dużo ludzi zajmuje się sztuką,
nieustannym tworzeniem czegoś.
Oprócz tego ważne wydaje mi się też to jaki jest nasz
naród. Porównajmy na przykład muzykę islandzką i tą
robioną we Włoszech. Może nie powinienem tego mówić, ale
ona jest okropna. Jakiś specyficzny charakter, dusza
narodu musi mieć tutaj jakieś znaczenie.
Dusza narodu okazała się jednak niezbyt ważna kiedy
decydowałeś się wybrać język, w którym zaśpiewasz na
najnowszym albumie. Dlaczego nie zdecydowałeś się na
islandzki, angielski tylko wymyśliłeś sobie swój własny
język? Czyżby żaden z istniejących nie nadawał się do
przekazania tego, co chciałeś przekazać?
Na naszej poprzedniej płycie śpiewałem po islandzku. To
było bardzo interesujące doświadczenie, kiedy ludzie,
którzy jej słuchali na całym świecie nie rozumieli słów
i dlatego wymyślali sobie swoje, nadawali tym utworom
właściwe dla siebie znaczenie. Ich bardzo prywatne
reakcje na te słowa, których przecież nie rozumieli, a
którym przypisywali swoje osobiste doświadczenia życiowe
dały nam sporo do myślenia. Nie rozumiesz utworu a mimo
to uważasz, że opowiada on historię twojego życia.
Dziwne i piękne zarazem, prawda? Dlatego na tym albumie
zdecydowałem się na wymyślony język. Uważałem, że będzie
on najbliższy czystej formie przekazu. W ten sposób
każdy słuchacz może sobie wstawić do tych utworów te
treści, które akurat dla niego mają najważniejsze
znaczenie, napisać je dla siebie samemu. Nie narzucam
tutaj niczego i o to właśnie mi chodziło.
A o czym ty myślałeś komponując te utwory?
O niczym. Kiedy się spotykamy żeby grać to po prostu
gramy. Staramy się wtedy nie myśleć o tym, co chcemy
przez to powiedzieć tylko skoncentrować się na muzyce.
Wtedy to jest najczystsza forma tworzenia, która nam
najbardziej odpowiada.
Muzyka na waszym ostatnim albumie z powodzeniem
mogłaby być ścieżką dźwiękową do filmu. Czy myślałeś
kiedyś o tym żeby napisać soundtrack do jakiegoś obrazu?
Może ktoś już wam to zaproponował?
Bardzo często o tym myślę, ale jak dotąd nigdy nikt nam
nie złożył takiej propozycji. Gdyby tak się jednak stało
musiałby to być naprawdę bardzo dobry film. Ostatnio
bardzo podobał mi się „Pianista” Polańskiego i do
takiego filmu chciałbym kiedyś napisać muzykę. Póki co
to jednak za duża produkcja na taki zespół jak nasz.
(śmiech) Może kiedyś?
Gracie ze sobą jako zespół odkąd byliście
nastolatkami. Spędzacie ze sobą bardzo dużo czasu, teraz
dodatkowo staliście się sławni i rozpoznawalni. Czy to,
że jesteście ze sobą tak długo pomaga wam czy może
sprawia, że macie siebie już czasami dość?
Jesteśmy wobec siebie bardzo tolerancyjni. Jesteśmy
przyjaciółmi i lubimy swoje towarzystwo. Także raczej
nie mamy z tym kłopotu.
Czy myśleliście kiedyś o tym żeby wzorem Bjork
przeprowadzić się do Anglii, tam gdzie w tzw. branży
dzieje się o wiele więcej niż w Islandii?
Myślę, że to dobrze, że mieszkamy akurat na Islandii, z
dala od tego wielkiego biznesu, całego zgiełku i
zamieszania, który jemu towarzyszy. Z drugiej strony
chciałbym się kiedyś przeprowadzić do jakiegoś innego
kraju, przekonać się o tym jak ludzie żyją gdzie
indziej. Trudno mi jednak pomyśleć o jakimś konkretnym
kraju. Zależałoby mi na tym żeby przyjechać z zespołem
do Polski. Bardzo żałujemy, że nikt nam tego jeszcze nie
zaproponował.
Rozmawiał:
Miłosz Habura
wywiad
zamieszczony dzięki uprzejmości portalu
Nuta.p