|
|
o muzyce
Wstęp
Żeby muzykę Sigur Rós opisywać słowami?
Czy to się w ogóle da zrobić?
Ale jeśli już trzeba...
To by było gdzieś pomiędzy nieokreślonym lękiem a ciepłym
spokojem, między cierpliwym wyczekiwaniem, a spazmatycznym
szałem, gdzieś między nieodgadniętą tajemnicą a rozpoznaną
rzeczywistością – gdzieś tam właśnie płynie muzyka Sigur Rós.
Dźwięki odbijają się od ciemnych i zimnych wnętrz starej
gotyckiej katedry by po chwili prześliznąć się szparą i
odlecieć z prądem słonecznego wiatru islandzkiego lata.
Czy ta muzyka anonimowo przepływa przez słuchacza jak
chłodne opary przyciemnego lasu...
(w ósmym, ostatnim utworze z najnowszej płyty „( )” wyraźnie
słychać, śpiewane w obcym języku a jakby spolszczone:
„Tak ciemno, tak ciemno, tak ciemno...”)

...czy może
raczej owija go jak miękki pled z owczej wełny...
(ociera szorstkawy bluszcz pianina w utworze trzecim tejże
płyty).
Jak panująca w Islandii kilka miesięcy noc polarna,
nieustająca ciemność i zima, tudzież bez znaczącego
przejścia, lato, gdy Słońce świeci dniem i nocą... Muzyka
pełna przeciwieństw energetycznie spięta, tym samym
lunatycznie zagubiona.
Destrukcyjna eksplozja, rozsadzająca głośniki a kończąca „Hjarto
hamast (bamm bamm bamm)” ...
...pozostawia po sobie tylko ciszę...
...już wszystko zniszczone...
...bamm bamm bamm...
...i cisza...
...z czasem, z martwoty, z szumu opadającego pyłu, spod
gruzów - wyłania się życie...
...niepewnie ukazują się kontury melodii...
„Vidrar vel til loftarasa”
...dźwięki rosną, obrastają w siłę, są coraz wyraźniejsze...
...życie toczy się dalej, bo...
..."En Ţađ Besta Sem Guđ Hefur Skapađ Er Nýr Dagur"...
...(„najlepszą rzeczą jaką stworzył Bóg, jest nowy
dzień”)...
Smyczek, zapomniawszy o matczynym uczuciu łączącym go z
wiolonczelą snuje się po gitarowych strunach, namiętnie i
bez opamiętania. On zdaje się nie mieć końca. Tak drażniona
gitara odwdzięcza się nadczułym jękiem – zachwytu, czy
bólu...? Jak oceaniczna podroż wieloryba, z pozoru marudnie,
ślamazarnie, a jednak konsekwentnie i swobodnie zmierza do
celu. Czymże ostatecznie jest ów cel? Przypuszczalnie
nieskończonośćą - uczuciem zagubienia na ogromnym
kukurydzianym polu, u dołu tylko wyschnięta spękana blada
ziemia, powyżej błękitne sklepienie przesłonięte kolbami
kukurydzy i jej ostrymi, mogącymi ranić aż do krwi liśćmi.
Głos wokalizy odbity echem dotarłszy do uszu niewiadomo skąd
scala się z odbiorcą jak kropla granatowego tuszu
niespodziewanie zatopiona w szklance z krystaliczną wodą. Ni
to wulkan, ni lodowiec. U nasady chropowaty pumeks, zastygła
lawa jednego z tysięcy islandzkich wulkanów, a przy
obrzeżach gładki, ściśnięty lód, jednego z tysięcy
islandzkich lodowców.
Piszczałki organów, tworzą solidne, imponujące rusztowania
inicjując
renowację duszy a krople nut pianina nawilżają skórę.

Kuracja nader skuteczna...
...to moja recepta na zimę.
Wspaniały akompaniament do letargu - choć na 71 minut...
Lu
|
|