Pajka
Pewnego wieczora skrzat
Cezar zasiadł przed swym odbiornikiem krasnowizyjnym w
oczekiwaniu na mecz w kulkę nożną. Mecz zapowiadał się
lilipucio ciekawie, gdyż miały wystąpić jedna z
najlepszych drużyn poprzedniej edycji Eurokoszałkowej
Ligi Majstrów Kulkonożnych, mianowicie angeoński
Manserek Utd. i spaniojolska FC Valencyjka. Niestety
rychło okazało się, że oczekiwania Cezarka rozminęły się
krasnalowitością. Mecz był słaby. Wszystko z powodu
ulewy jaka nawiedziła Angeonię i osobliwie Manserek. Na
trawionie nawierzchnia była mokra, zalegały na niej
kałuże, nic więc dziwnego, iż zmagający się ze sobą
nawzajem oraz z przciwnościami losu kulkograje
przewracali się, niedokładnie zagrywali kulkę do
partnerów, faulowali. Rozgrywka była wyjątkowo brzydka.
Cezar szybko stracił cierpliwość mimo, że kocha kulkę
nożną i jest w stanie wiele kulkograjom wybaczyć,
niemniej w tym konkretnym przypadku miarka się
przebrała. I dzięki Najwyższem Skrzatotranscendowi za to
!!! Otóż znudzony Cezar wziął w liliłapkę pilipilota i
zaczął był surfować po kanałkach swej drucikowej
krasnowizji. Nagle znalazł się na kanałku pewnej
germaońskiej krasnowizji nutkowej. Znalazł się i w
pewnym sensie pozostał na zawsze w tym i z tym, co
zobaczył i usłyszał. Krasnowizja prezentowała Koncert.
Czterech skupionych, bez reszty pogrążonych w granej
przez siebie nutyce krasnali odgrywało swój spektakl.
Piękna, rozwodniona nutyka pochłaniała, topiła,
rozmazywała w swej dostojnej nieokreśloności
artililistów, ale także odbiorców. Na dobrą sprawę
piękno odgrywanej nutyki było tak nieskrzatoziemskie, że
wszystko gdzieś się rozłzaawiało i już przestawało być
ważnekto gra i kto stanowi publiliputność tego ciemnego
przedstawienia. A grało przy świecach w ciemnej sali
czterech liliputów wspartych kwartetem szpileczkowym
urodziwych krasnalalek. Cudo. Publiliputność była
skupiona i dawała o sobie znać tylko między kolejnymi
kompozycyjkami. Achchchch. A cóż się działo z Cezarkiem
wtedy! Urzeczony, przeniknięty, zniewolony, odurzony,
zakochany skrzat kłębił się przed odbiornikiem
krasnowizyjnym po podłodze na przemian łkając, krzycząc,
śpiewając (miernemu skrzatowi powydawało się, że sam
jest artlilistą). Krasnal jednak nie stracił całkowicie
skrzatówki. Nerwowo złapał jakąś tasiemkę pędziobrazkową,
wsadził ją do swego minitowidu i nagrał Koncert. Od tej
pory jest na tym przedstawieniu i z tą nutyką zawsze. I
na zawsze...
Nieskrzatoziemskim zespołem, który wtedy ujął w dźwięki
duszkę Cezara była grupa pochodząca z dalekiej, o dziwo
jednak skrzatoziemskiej- konkretnie wyspiarskiej-
Lodowej Krainy położonej gdzieś tam na północnym
Atalantyku. Cezar jest przekonany, że krasnale
występujący w zespole są dalekimi krwnymi Gnomów ze
Skandynawianny, z którymi miał okazję zaprzyjaźnić się
ostatniego lata podczas 2 000 000 000 000 000 000 000
mikrometrowej, lowelowej podróży po północnych rubieżach
Erokoszałkolandii. Lodowokrainowa grupa - jak się
okazało- nazywa się Rózia Zwycięstwa. Co za nazwa!
Skrzat Cezar, najszybciej jak to tylko możliwe, nabył
srebrną tackę z nutyką. Zwycięskiej (o, jak bardzo
zwycięskiej!) Rózi. I kiedy nadeszła odpowiednia ku temu
pora przekuł nutyke na specjalną srebrną tackę i wysłał
ją gdzieś w otchłań do przetajemniczej księżniczki
Aleksandry Motylokwietnej.
Elfy
mówią, że Pomarańczowy Majestat Motylokwietnej
zapłakał...................
Górek