Newsy! historia grupy itp artykuły, wywiady, relacje płyty i płytki teksty i tlumaczenia zdjęcia, fotografie, widoczki niezbędnik fana fajnie odwiedzić dyskusje, wywody, rozmowy zostaw ślad wyspa, klimaty, przepisy, tradycje my Strona startowa

 

 

W tym miejscu umieszczamy ciekawe recenzje i opisy wydawnictw Sigur Rós zamieszczone w prasie lub innych ważniejszych serwisach internetowych za zgodą lub nawet prośbą ich autorów.

Aktualnie dostępnych jest kilka recenzji, dział ten będzie się systematycznie powiększał.

 

Przejdź do recenzji:

   Von

   Agaetis Byrjun

   ( )

   Angels of the Universe

   Ba Ba Ti Ki Di Do

  

 

 

Von

(jeszcze nie ma)

 

Agaetis Byrjun

  
Nareszcie! Po wielu miesiącach oczekiwania ukazała się w Polsce jedna z najpiękniejszych l najbardziej oryginalnych płyt ostatnich lat. Islandia to dziwny kraj. Mała wyspa gdzieś na północnym Atlantyku. Nieco ponad dwieście tysięcy mieszkańców. Tak naprawdę tylko jedno miasto z prawdziwego zdarzenia. A Jednak, mimo swych miniaturowych rozmiarów, Islandia była w stanie dać nam Bjork. A teraz data nam Sigur Ros.
W czasach, gdy trudno odróżnić Jeden produkt popkultury od drugiego, globalzacja zagląda nam w okna, a dobra materialne nadają sens życiu większości z nas, Sigur Roś proponuje płytę intymną i osobistą. Kolejne jej fragmenty eksplodują całą serią niewymuszonych, naturalnie pięknych melodii. Weźmy otwierający płytę Svefn-G-Englar. Ciche, dostojne dźwięki organów wprowadzają nastrój ponadczasowej zadumy. Przeszywający motyw gitary, grany smykiem, rozrywa nasze serca na pół. Anielski głos Joni Birgissona spaja te serca na nowo i rozpływa się w ciepłych brzmieniach klawiszy. Ale każdy utwór oferuje niezapomniane wrażenia. W miarę upływu czasu pojawiają się subtelne partie instrumentów dętych, harmonijki, kwartetu smyczkowego. Kapitalnie operujące emocjami Ny Batterl, wzruszające Wrar Vel Til Loftarasa, podniosły Ffugu-frelsarinn... Genialny jest cały album.
Agaetis Byrjun oznacza po islandzku dobry początek. Dla samych muzyków - początek udziału we współtworzeniu nowych wartości w dźwiękowej sztuce. Wiadomo już dziś, że Sigur Roś to fenomen, i tylko szkoda, że podobne cuda zdarzają się tak rzadko.


postawiona ocena: 10 na 10
BORYS DEJNAROWICZ
Tylko Rock, XII 2001


 

   Kwartet Sigur Ros to po Björk i Gus Gus kolejna muzyczna sensacja rodem z Islandii. Choć grupa działa już od 1997 r., dopiero swym drugim albumem "Ágaetis Byrjun", pierwotnie nagranym w 1999 r. i wznowionym przez brytyjską firmę FatCat 12 miesięcy później, zaistniała na łamach całej światowej prasy muzycznej.
Sama nazwa zespołu jest imieniem dziecka jednego z członków Sigur Ros formacji tworzącej muzykę adekwatną do miejsca jej powstania: eteryczną, majestatyczną i kompletnie oderwaną od wszelkich brzmieniowych trendów i mód. Zapierającą dech w piersiach, rozdzierającą, porażająco i nieludzko piękną. Bajkową, wręcz anielską. Momentami na "Ágaetis Byrjun" (w wolnym tłumaczeniu "dobry początek") słychać dźwięki tożsame z Cocteau Twins, najładniejszymi nagraniami Mercury Rev, Mogwai czy Briana Eno, jednak to zbyt dziewicza, niewinna i nieopisanie cudna twórczość, by bawić się w konkretne porównania. Islandczycy przy pomocy rockowego instrumentarium, niezmierzonych elektronicznych przestrzeni, filmowych orkiestracji i niebiańskich zastępów smyków stworzyli arcydzieło, będące jedyną trafną muzyczną ilustracją Dziełw Sigur


postawiona ocena: 6 na 6
MaH
  serwis nuta.pl


 

   Osobiste recenzje. Czy one w ogóle mają jakiś sens? Otwieranie się przed czytelnikami, odsłanianie własnych przeżyć, dzielenie się nimi z właściwie obcymi ludźmi. Zamieszczanie w tekście, który z założenia ma być tylko opisem muzyki z danej płyty, własnych przemyśleń o charakterze socjologicznym i komentarzy jawnie ukazujących stosunek autora do otaczającej go rzeczywistości. Wplatanie w suchą relację z kolejnych utworów dygresji często luźno nawiązujących do tematu. Czy to ma sens?

Czy ktoś mi uwierzy, gdy powiem, że usłyszałem płytę Agaetis Byrjun prawie rok temu, gdy niemal nikt w naszym kraju nie wiedział co to jest Sigur Rós? Ostatnie miesiące przyniosły wręcz histerię na ich punkcie, która ogarnęła polskich słuchaczy. Każdy wymienia poczciwych Islandczyków w gronie swych ulubionych wykonawców, płyta bije rekordy sprzedaży w kolejnych miastach. Wszyscy mówią o zespole tak, jakby znali go od zawsze i śledzili jego poczynania od pierwszej próby w małej piwnicy w Reykjaviku. Wypowiedzi niektórych osób świadczą o tym, że nagrywały one ten album razem z chłopakami! Nagle, jak różdżką dotknął, wszyscy wokół stali się znawcami Islandii i kultury tego kraju. Że największy odsetek samobójstw, że zimno przez cały rok, że co wieczór piją duże ilości alkoholu. Że są zamknięci w sobie i skromni. Wszyscy wkoło chodzą i powtarzają: zajebiste, zajebiste, zajebiste... Tymczasem jeszcze pół roku temu nazwa Sigur Rós dla tych samych osobników oznaczała tyle samo, co każdy inny, równie abstrakcyjnie brzmiący zbitek dwóch słów. Snobizm, po prostu. Sigur Rós jest w modzie. Trzeba być na czasie. Więc lubimy Sigur Rós. Proste.

Otóż tak się składa, że jestem być może jedną z pierwszych osób w tym pięknym kraju, dla której nazwa Sigur Rós zaczęła coś znaczyć. Kto uważnie czyta Porcys.com, ten wie, że jestem bez reszty poświęcony dokonaniom zespołu Radiohead. W okresie roku poprzedzającego wydanie albumu Kid A, Ed O'Brien regularnie zamieszczał w internecie swoje słynne pamiętniki. Relacjonowały one na bieżąco przebieg legendarnej sesji, co stanowiło niewątpliwą atrakcję dla co bardziej dociekliwych fanów. Ci, którzy owe zapiski czytali, znają genezę powstania większości utworów wypełniających Kid A i Amnesiac. Pewnego razu O'Brien opublikował na stronie ogłoszenie. Oto każdy, komu na to przyjdzie ochota, może przysłać do muzyków własne, domowe nagrania. Gitarzysta obiecał, że te propozycje, które będą najciekawsze, otrzymają wsparcie przy próbie podpisania profesjonalnego kontraktu. Jak wspomina Yorke, efektem tego były: "Pudła, pudła, pudła, pudła, pudła, pudła i jeszcze raz pudła pełne taśm. Dla Eda".

Okazuje się jednak, że i Yorke do tych pudeł zajrzał, gdyż już w kwietniu 2000, w jednym z niewielu telewizyjnych wywiadów promujących Kid A, Colin Greenwood powiedział: "Ed wymyślił tą akcję z przysyłaniem demówek i już mamy kilka typów. Jest taki zespół z Islandii, nazywa się Sigur Rós. Thom pokochał ich muzykę". Thom rzeczywiście pokochał tę muzykę i wkrótce pomógł grupie w wydaniu płyty w Wielkiej Brytanii. Zaraz potem trafiła ona do Stanów. I pod koniec roku zaczęła się panika. W 2001 panika doszła nawet do nas, gdzie przecież sukcesy odnoszą Brathanki i Fiolka. Ale, jak mówiłem, snobizm jest snobizm. Nie ty decydujesz, co jest modne; o tym decydują inni. Ty musisz się dostosować. Zanim jednak moda na Sigur Rós sięgnęła Polski, i to o wiele wcześniej, miałem sam okazję przekonać się o zawartości Agaetis Byrjun.

Nie zgadzam się na żadne "zajebiste". Tudzież "fajna płytka", czy "nieźle mieszają kolesie". Również słowo "piękne" nie wydaje się być na miejscu. Bo Agaetis Byrjun to absolut. Absolut, czyli, wedle definicji "byt istniejący niezależnie od innych, nie mający przyczyny, nieograniczony, doskonały". O tak. Lepiej bym tego nie określił. Gdy słuchać tego dzieła nocą, można dojść do wniosku, że ci czterej artyści są natchnieni, a przynajmniej byli w momencie jego powstania, przez niezrozumiałe dla nas czynniki. Trudno ogarnąć wszystko, co zawarte jest w tych siedemdziesięciu minutach. Jest to zbyt czyste, zbyt idealne. Tych czterech młodych, nieśmiałych, zagubionych panów stworzyło cud, przy którym niemal wszystkie nasze jeszcze wczoraj ukochane płyty nagle bledną. Nagle wydają się śmieszne i niepoważne. Paradoksalnie, czwórka cichych Islandczyków skompromitowała muzyczny rynek. Zupełnie niechcący. Z czystej potrzeby tworzenia.

Nie mam zamiaru wymieniać poszczególnych tytułów, opisywać ich z osobna. Bo to trochę kaleczenie Agaetis Byrjun. Dość, że słuchając albumu z wielką uwagą i cierpliwością, można odnaleźć na nim to, czego nie da nam żadna inna płyta. To jest unikatowe, oryginalne, jedyne. Jakiekolwiek porównania każdego mogą doprowadzić w ślepy zaułek i spowodować logiczną sprzeczność. Bo na przykład chciałbym wam powiedzieć, że jest to tak podniosłe i genialne, jak The Dark Side Of The Moon. Ale po chwili zastanowienia, dochodzę do wniosku, że nawet Dark Side wygląda przy Agaetis Byrjun jak zabawa w chowanego, lub w berka. Może więc dajmy sobie z tym spokój. Kończąc tę recenzję chcę tylko powiedzieć, że bardziej mi się kojarzy Agaetis Byrjun z jakimś tajemnym obrzędem religijnym, niż z płytą CD. I niech mi nikt więcej nie mówi "zajebiste!". Lepiej niech nic nie mówi.

Ocena: 9.7

Borys Dejnarowicz, Grudzień 2001

www.porcys.com

 

( )

 

   Bez tytułów, za to z tajemniczym tytułem i rachityczną okładką. Minimalizm nowego oblicza Sigir Rós jest paradoksalnie niemalże nachalny. i na pewno intrygujący dla fanów, choć jak dla mnie jest w tym trochę marketingu. Zespół postarał się nawet o czyste strony we wkładce na notatki przy interpretowaniu tekstów... oszczędność środków przeniosła się też na muzykę, tu już ręki speca od marketingu na szczęście nie czuć.

poprzeczka ustawiona była poprzednim krążkiem bardzo wysoko, a w takich przypadkach łatwo o rozczarowanie. Jednak nie tym razem. Nowy album to osiem, tradycyjnie długich, epickich fragmentów. Nagranych z towarzyszeniem sekcji smyczkowej. Rewolucji nie ma, ale nie ma też powielania schematów. Nowa muzyka Islandczyków jest, jako się rzekło zdecydowanie bardziej minimalistyczna. Cały album dzieli się na dwie równe części, które symbolicznie oddziela 30-to sekundowa cisza. W pierwszych czterech fragmentach dużo słychać pianina i klawiszy - to część bardziej harmonijna i kameralna. Głos Jona czasem przypomina tu T.Yorka (ciekawe który kopiuje). W utworach 5-8 łatwiej trafić na charakterystyczne "piłowanie" smykiem po gitarze i już wyższe dramatyczne zawodzenie Jonsiego, oczywiście po "hoplandzku". Do tego tradycyjnie miarowy, "snujący się" rytm perkusji. Ograniczając przepych i orkiestralny przepych w muzyce zespół zredukował trochę patetyzmu w swoich dźwiękach, którego nadmiar nieco irytował na poprzednim krążku. Zachował za to wielki talent do kreowania mroźnych przeszywających melancholią pejzaży, idealnych na jesienno-zimowe wieczory. No i dodał kilka niespodzianek, jak dudniąca gitarowo-perkusyjna nawałnica w utworze ostatnim. Kto nie był przekonany poprzednio (a wiem, że sporo takich), ten zdania nie zmieni. Ja, jak mawia pewne jury, jestem na tak.


Wojtek Terpiłowski
postawiona ocena 8/10
Kaktus nr.5 2002


 

   Móc oderwać się od swej cielesności i stanąć gdzieś na bezkresie świata. Być wolnym istnieniem, nie błądząc przy tym w labiryncie własnych myśli, uczuć, pragnień. Nie troszcząc się o ciało, spróbować wejść w nierzeczywiste sfery swojej świadomości i połączyć jej ogniwa w jedną siłę. Przemieszczać się wśród poziomów materii nagromadzonej przez lata i trwać tak przez sekundy, minuty, chwile... by wreszcie poczuć własną tożsamość rozpierającą od wnętrza.

W obliczu samotności, opętany nią, uciekać dalej, gdzie nie ma już granic między nicością a nieistnieniem, a droga nagle się urywa, by potem wyrosnąć na nowo.

Krążąc pomiędzy jawą a snem, tym co realne i nieokreślone, pojawia się osiem nieznanych ścieżek, tworzących wspólną tajemnicę. Wszechogarniające zimno przestaje być obce, kiedy zanurzam się w ciepłym półmroku północnego gwiaździstego nieba. Leniwie, powoli snujące się pajęczyny dźwięków i magiczny klimat to piękno, które urzeka, hipnotyzuje. Pozwala na nieświadome oderwanie się od poczucia mijającego czasu, podróż w głąb siebie, w nieodkryte zakamarki własnego istnienia.
Taki właśnie jest Sigur Ros w 2002 roku.

Gothflower


Myślę, że to co powyżej o () napisała Gothflower mogło by już w zupełności wystarczyć. Jest to jednak mój album roku 2002, więc jakoś nie mogę sobie odebrać przyjemności, aby na jego temat również coś dodać, uzupełniając nieco powyższą recenzję. Bardzo mnie cieszą płyty takie jak ta, szczególnie w tak trudnych muzycznie czasach. Co więcej, wydaje się, że tez dziwaczny zespół z Islandii staje się coraz bardziej popularny. Może więc faktycznie jest to, tak jak mówił Steven Wilson w Trójce, syndrom pewnych zmian tego zbyt masowego podejścia do muzyki i oznaka poszukiwania czegoś więcej?

Muzyka Sigur Ros jest bardzo charakterystyczna. Te "ciągnące" się gitary (dzięki graniu na nich za pomocą smyczka osiągnięto niesamowity efekt), na które nakładane są rozmaite pogłosy i efekty. Ten specyficzny głos, który w wypadku SR można spokojnie traktować jako dodatkowy instrument (zresztą czasami nie wyśpiewuje on tekstów w żadnych znanym języku...) i ten klimat...

() składa się tak jakby z dwóch umownych części: bardziej optymistycznej, pastelowej, sielankowej, marzycielskiej, w sam raz na niedzielny poranek i drugiej - ciemniejszej, bardziej emocjonalnej, ujmująco melancholijnej, która to (i tu chyba nikogo nie zaskoczę) przekonuje mnie bardziej. Ale ten podział jest dobry - mamy dzięki temu większe spektrum ubranych w dźwięki nastrojów.

Słuchając nowego Sigur Ros nasunęły mi się analogię do pewnych trzech, bardzo dla mnie ważnych, płyt: "Sleeps With No Fishes" duetu Brook/Nooten (to naprawdę bardzo niedoceniony album), "Disintegration" The Cure, i Global Communication "76:14". Nie chodzi tu o jakieś dosłowne zapożyczenia, ale o pewną aurę, klimat. Zresztą to oczywiście moje subiektywne odczucia, więc nie każdy musi się z tym zgadzać. Mimo różnic, wszystkie te 4 płyty coś łączy. Nastrój, wyciszenie, wysmakowanie, atmosfera.

Jeśli miałbym wymienić jakieś utwory, który szczególnie mnie ujęły, to powiem "6" i "8". Oba (trwające razem prawie 20 minut) zaczynają się leniwie, sączą się w wolnym tempie, aby jednak pod koniec wybuchnąć i eksplodować ("8" kończy powalające perkusyjne solo). Dwa piękne, bardzo emocjonalne fragmenty. Zresztą prawie cała płyta jest taka, urzekająca, hipnotyzująca, ciężko się od niej oderwać.

() cechuje swoisty muzyczny minimalizm, który wcale jednak nie powoduje, że ta muzyka brzmi ubogo. Owy minimalizm idzie w parze z oprawą graficzną: brak tytułu, ascetyczna okładka, żadnych tekstów na wkładce, żadnych tytułów utworów (już nikt nie będzie łamał sobie języka jak na poprzedniej płycie...) i żadnych nazwisk muzyków. Tylko 8 nienazwanych ścieżek, aby nikomu nie narzucać żadnej (nad)interpretacji. Podobny zabieg wykorzystany był zresztą we wspomnianej wyżej "76:14".

Dla każdego kto ceni sobie w muzyce klimat i nastrój najnowsza płyta Sigur Ros jest więc pozycją obowiązkową.

Tomasz "Slay" Pacyna


 

   Po dużej zniżce formy zaprezentowanej przez Múm przyszedł czas na ogromny krok wstecz w wykonaniu ich islandzkich kolegów, do niedawna należących do grona naszych ulubieńców. Jeśli ( ) podobnie jak Finally We Are No One zostanie w Polsce okrzyknięte jedną z płyt roku, będzie to chyba objaw spóźnionego zapłonu, jarania się albumem w momencie kiedy trzeba było podniecać się poprzednim, a w tym wypadku nawet dwoma wcześniejszymi.

Przypuszczalnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że pierwszym wspaniałym dokonaniem Sigur Rós był ich debiut Von. Początkowo wydany w liczbie zaledwie kilkuset egzemplarzy, zwiastował narodziny wielkiej grupy. Zespół sięgnął doskonałości już na drugiej płycie, jednej z najlepszych jakie znajdują się w naszym archiwum. Wszyscy wiemy co działo się później: wraz z Agaetis Byrjun przyszła ogromna i, z mojego punktu widzenia, zupełnie niezrozumiała popularność. Zagadką pozostaje fakt, jak muzyka przepełniona intymnością i wrażliwością zdołała zjednać sobie miłośników, których nazwisk nie wymienię, by nie mieszać złota z gównem. Ściąganie teledysków, koncertów, gościnnych występów i wszelkiego rodzaju pierdół związanych z popularnym Sigurem stało się powszechną praktyką. Paradoksalnie, teraz doskwiera to trochę mniej. Trzecia płyta w dorobku okazała się epigońska, wyzuta z wszelkiego wizjonerstwa, natchnienia, niesamowitości, tajemniczości, monumentalizmu, chociaż wszystkie te czynniki stara się w sobie zawrzeć. Zastanawiając się, albo gorzej – słuchając dwóch poprzednich albumów Sigur Rós – trudno pojąć jak w ogóle mogło dojść do takiego nieporozumienia. Popadanie w przeciętność po wybitnym arcydziele jest najdrastyczniejszym z możliwych spadków.

"1" nie zwiastuje jeszcze miernego dzieła. Pierwszy i "4" to tak na dobrą sprawę jedyne dwa z ośmiu utworów, które mogą się podobać. Otwierające album pianino, smyki i wokaliza Jonsiego określiłbym jako motywy na wskroś skandynawskie, nie przysparzające właściwie posmaku świeżości. Intrygująco prezentują się kobieco-dziecięce śpiewy obecne w obu wspomnianych utworach, swoją mroczną psychodelią odwołujące się do "Dogun" z Von w wydaniu dużo pogodniejszym. O ile na debiucie te niepokojące krzyki są wstrząsającym elementem ambientowego majstersztyku, tutaj ratują w innym przypadku całkiem zwyczajne kompozycje. Z kolei "2" to kilka minut pustki. Z nicości wyłania się fragment bardzo konkretny (jeden z niewielu), sprawiający wrażenie wariacji opartej na którymś z fortepianowych tematów Parachutes. A ponieważ płyta Coldplaya jest całkiem ładna, niezobowiązujący kawałek Sigura także do brzydkich nie należy, choć ponad zwykłość się nie wybija.

Na "4" kończy się pierwsza część płyty; przed kolejną odsłoną otrzymujemy trwającą kilkadziesiąt sekund ciszę. Zabieg nie służy raczej uspokojeniu, zważywszy że ( ) to siedemdziesiąt minut, dłużących się w nieskończoność. Istnieją inne sposoby odczytania niemego komunikatu. Na przykład: "Uwaga, za chwilę zacznie się najgorsze pół godziny w historii naszego zespołu. Możecie wyłączyć już teraz". Tak też radziłbym zrobić każdemu, kto po nie spełniających oczekiwań pierwszych czterech kawałkach nie chce odłożyć słuchawek po bardzo męczącej godzinie z gorzkim uczuciem zawodu. Wszystkie utwory z numerkami od 5 do 8 prowadzone są w ekstremalnie slow-core'owym tempie (wyjątkiem lekko wyrywająca z marazmu końcówka), na pewno nie odbieranym tutaj jako medytacyjne piękno. Nowy Sigur Rós podobny jest pod pewnymi względami do debiutu Explosions In The Sky: ten ostatni należy uznać za popłuczyny po Young Team Mogwai, tak samo jak ( ), a zwłaszcza druga jego połowa, jawi się jako zaledwie mierna stylizacja na genialnym poprzedniku.

Żeby upewnić się co do niskiej wartości ( ) wystarczy posłuchać, nawet przez chwilę, któregoś z wcześniejszych wydawnictw. Generalna refleksja sprowadza się do wniosku, że nowy album plasujący się w teorii pomiędzy Von, a Agaetis Byrjun jest od nich oddalony o całe kilometry. Pozostaje o nim jak najszybciej zapomnieć.

Ocena: 5.7

Michał Zagroba, Grudzień 2002

www.porcys.com

 

Angels of the Universe

   "
Subtelny, atmosferyczny ale i lekko drwiący "Angels of the Universe" pokazuje z wspaniałą intensywnością obesję, stratę i duchowość. Równie wspaniale użyta jest w nim muzyka: soczyste, lśniące kolory pojawiają się na ekranie, gdy z głośników rozbrzmiewa śliczna, ulotna muzyka Sigur Ros"

New York Times

W styczniu 2002 Sigur rós uderzyli do studia by nagrać dwa covery, które by nacechowały wypuszczaną epkę "Ný batterí". Kiedy je skończyli zostali skontaktowani z producentami islandzkiego filmu nazwanego "Englar alheimsins" i zapytani o zasilenie go dwoma utworami. Mając kompletne dwie piosenki, wydawało się to więcej niż zbiegiem okoliczności („To było jak gdyby było sterowane z góry” powiedział Kjartan) więc natychmiast rozdali te piosenki producentom. Jak wspomniano wcześniej, te dwie piosenki "Bíum bíum bambaló" i "Dánarfregnir og jarðarfarir" (ogłoszenie śmierci i pogrzeb) są coverami piosenek, które żyły głęboko w świadomości Islandczyków przez wiele pokoleń. "Bíum bíum bambaló" jest starą islandzką kołysanką, która wędrowała przez pokolenia i świat ustnie. To był pierwszy raz, kiedy została nagrana. "Bium Bium Bambaló" oparty jest na jednej z najbardziej popularnych Islandzkich kołysanek. "Dánarfregnir og jarðarfarir" jest rockową wersją na temat organowy, który jest grany od dziesięcioleci w islandzkich stacjach radiowych, gdzie często używa się go jako podkład w zawiadomieniach o śmierci bliskich. Kiedy aranżacja do tego utworu została ogłoszona, był on etykietowany przez Brytyjczyków jako post rockowy, ale Jónsi nazwał to tematem muzycznym, który wszyscy w Islandii rozpoznawali. "Dánarfregnir og jarðarfarir" wskoczył od razu na pierwsze miejsca islandzkich list przebojów. Film "Anioły wszechświata" był również bardzo udaną produkcją. Okrzyknięty został prawie jednogłośnie przez krytyków jako najlepszy przekazany światu islandzki film. Jest on skierowany przez różne Akademie przyznające nagrody filmowe do nominacji Friðrik Bór Friðrikssona najbardziej cenionego islandzkiego reżysera. "Angels of the Universe" to ostatni jego film. Jak dotąd, ponad połowa Islandczyków zobaczyła ten obraz, co czyni go jednym z najpopularniejszych filmów w tym kraju. "Anioły wszechświata" jest historią człowieka, który stracił rozum. "Dánarfregnir og jarðarfarir" jest grany pod koniec filmu, w scenie, w której człowiek ten odczuwa szczytową frustrację. "Bíum bíum bambaló" gra podczas napisów końcowych.

Soundtrack do tego filmu, pierwotnie wydany w bardzo limitowanym nakładzie przez własną wytwórnię Sigur Rós - Krunk, skomponowany został przez Hilmara Örn Hilmarssona, z dwoma długimi, kulminacyjnymi utworami Sigur Rós. Hilmar Örn Hilmarsson był niegdyś członkiem Psychic TV, nagrywał także z Current 93 (płyta "Island") a obecnie, z muzyką do ponad 20 filmów, jest najbardziej płodnym islandzkim kompozytorem muzyki filmowej. W 1995 otrzymał nagrodę European Film Composer of the Year za muzykę do nominowanego do Oskara obrazu "Children of Nature" (przy którym współpracował z Fridrikssonem oraz scenarzystą "Angels of Universe" Einarem Mar Gudmundssonem).

Utwory Sigur Ros: "Bium Bium Bambaló" i "Dánarfregnir Og Jardarfarir" dostępne były wcześniej tylko na wyprzedanej (i już nie będzie wznowienia) drugiej EP "Ny Batteri".


Dziękujemy IZ za pomoc w zredagowaniu tekstu

 

 

Ba Ba Ti Ki Di Do

 

   Ba Ba Ti Ki Di Do to trzy instrumentalne wariacje powstałe z myślą o uświetnieniu Split Sides – popisów tanecznej trupy Merce Cunninghama. Nowojorski choreograf namówił do współpracy także aktualnie najlepszy zespół świata, co dodało przedsięwzięciu estymy, stanowiąc na pewno nobilitację dla Islandczyków. Zwyczajnie nie wypadało im odmówić; zresztą czy jest ktoś kto przegapiłby możliwość wspólnego nagrywania z Radiohead? Wreszcie, poza wszystkim, obie strony darzą się nieskrywaną sympatią sięgającą czasów poprzedzających wydanie epokowego Agaetis Byrjun, co chyba ostatecznie przekonuje, że Cunningham zaaranżował to wyjątkowo przebiegle.

Jakkolwiek trudno powiedzieć czy praca nad tą EP-ką była dla artystów równie intratna co atrakcyjna towarzysko, to bez specjalnych ceregieli trzeba uprzedzić wszystkich zainteresowanych, że nie warto wydawać na nią pieniędzy. Jak już powiedziałem, zebrany tu materiał jest jedynie ilustracją do pląsów smukłych baletnic i równie wysportowanych baletników. W procesie tworzenia zespół, improwizując na żywo (najpierw w Brooklyn Academy of Music, a później w Paryżu), dogrywał na różnych dziwnych instrumentach materiał, korzystając ze wcześniej przygotowanych szkiców. Nie dziwi zatem mnogość urywanych motywów, puszczanych od tyłu odgłosów stąpnięć tancerzy, osieroconych szmerów, szumów, brzdęków, skwierczenia, bzyczenia, buczenia i klikania. Nie ma natomiast śladu firmowych smyków (którymi członkowie kwartetu zwykli piłować nie tylko struny skrzypiec i wiolonczeli, ale też i najzwyklejszych gitar) oraz głosu Birgissona.

W ogóle nawiązań do, niech będzie, "codziennej" twórczości Sigur Rós jest tu jak na lekarstwo. Jedynie kończący "Di Do" ma coś w sobie z psychodelii Von, choć równie dobrze można by rzec, że jest to coś na kształt odrzutu z sesji Shalabi Effect. Jednak to właśnie ten fragment, wzbogacony niepokojącą linią pianina (trochę jak te z cudnego soundtracka do Requiem For A Dream), jest najbardziej wartościowy w zestawie. Wysamplowane, tytułowe "ba ba", "ti ki" i "di do" z początku pełnią funkcje nieartykułowanych zgłosek, by z czasem, gdy kompozycja nabierze tempa, urosnąć do rangi głównego "instrumentu", tak hałaśliwego, że po chwili aż nieprzyjemnego. Rozmija się to ze skądinąd głupawą tezą głoszącą, że muzyka musi być "przede wszystkim ładna dla ucha", ale ma klimacik, no i wreszcie dzieje się coś bardziej absorbującego słuchacza.

Może aż tak źle nie jest, bo choć przez pierwsze minuty troszkę się musimy wynudzić, to już w środkowym "Ti Ki", trochę się dzieje. Pod koniec słychać nawet analogię do jednej z technik twórczych Kierana Hebdena, wszak z gęsto utkanych i pozornie bezładnych, plumkających tekstur (w tym masa charakterystycznie brzmiących dzwonków) wyłania się na moment mający dość przystępną formę motyw. Ostatecznie nie ma się co dziwić. Ja bym chciał posłuchać "normalnych utworów", a Ba Ba Ti Ki Di Do to jedynie rozmazane pejzaże do spektaklu, którego nie widziałem i pewnie nigdy nie zobaczę.


Ocena: 3.5

Jacek Kinowski, Kwiecień 2004

www.porcys.com

 

 

news : zespół : artykuły : dyskografia : teksty : galeria : media : linki : forum : księga gości : Islandia : autorzy

 

design by Ludio 2004 - Identyfikacja Wizualna