Sigur Rós na Rosklide Festival ‘03
Dzień 27
czerwca roku pańskiego 2003 na zawsze zapisał mi się w
pamięci i trudna jest myśl, że ciężko mi będzie jeszcze
kiedyś przeżyć COŚ takiego, przynajmniej jeśli chodzi o
doznania czysto muzyczne. Ale zacznijmy od początku…
Wspomniany
wyżej dzień był drugim dniem Roskilde Festival ’03 i w
tym właśnie dniu występowali bohaterowie TEJ stronki,
czyli Sigur Rós. Koncert ów był bez wątpienia dla mnie
istotnym momentem całej tej niesamowitej imprezy. Tego
samego dnia odbył się równie niesamowity koncert Beth
Gibbons, po którym wzbogaciłem się nie tylko o
niezapomniane wspomnienia, ale także o autograf i
zdjęcie z wokalistką. Zanim Jónsi z zespołem pojawił się
na scenie obejrzałem jeszcze kilka koncertów, ale to
całkiem inna historia.
Około
wyznaczonej godziny(24:00) na scenie Areny (druga scena
festiwalu, całkowicie zadaszona i chyba najbardziej
klimatyczna) pojawił się zespół, jednak zanim to się
stało przeżyłem kilkanaście nerwowych minut w kolejce do
sektorów pod sceną dręczony myślą: dostanę się, czy będę
zmuszony podziwiać Różę Zwycięstwa z większej
odległości. Na szczęcie wszystko dobrze się skończyło i
udało mi się dopchać do sceny i pozostało już tylko
czekać na „wydarzenie wieczoru”.
W tym
momencie zaczęła działać magia (choć pewnie znajdą,
którzy wszystko przypiszą oparom marihuany popalanej
przez niektórych, dla zabicia czasu przed koncertem, i
wszystko o się od tego momentu wydarzyło zlewa się w
jedną niesamowite wspomnienie, z którego czasami ciężko
wyodrębnić poszczególne elementy, ale postaram się
przestawić w miarę dokładnie to co zaszło.
Oczywiście
wiele szczegółów nie ma większego znaczenia w kontekście
tego co wydarzyło się na scenie, aczkolwiek pewnych
rzeczy szkoda, choćby tego, że z różnych powodów nic nie
wyszło z tych kilku fotek, które zrobiłem podczas
koncertu, ale cóż żeby coś było piękne, coś innego musi
być brzydkie, taka już kolej rzeczy.
Wracając do
rzeczy najważniejszej, koncert pozbawiony był
niepotrzebnego efekciarstwa, ot czterech gości
skupionych na swoich instrumentach, kwartet smyczkowy
Amina, subtelne oświetlenie i ekran za plecami muzyków,
na którym emitowano amatorskie filmiki w stylu nagrania
zabaw na plaży itp. Jednak właśnie ten brak wielkich
efektów i przedstawienia, którym wiele zespołów stara
się wzbogacić swój wytęp, na szczęście Sigur Rós nie
musi nic takiego robić, muzyka jest najważniejsza i to
właśnie bardzo mnie urzekło.
Koncert
zaczął się tak jak ( ) i od razu ekstaza, dopiero na
żywo czuć TĄ muzykę z pełną mocą. W takiej chwili
wszystko inne przestaje się liczyć, najważniejsza staje
się muzyka, wszystko inne znika.
Zaraz potem
trzeci utwór z ( ) napięcie narasta i narasta, a ja nie
mogę uwierzyć, że moje marzenie się spełnia i biorę
udział w TAKIM koncercie.
Kolejne
utwory zlewają się w niesamowitą całość, zespół serwuje
dwa z pośród moich ulubionych utworów z „Agaetis byrjun”,
czyli „Ny Batteri” jeden z tych utworów, które
ubóstwiam. Niespotykana ekspresja, smutek i piękny
tekst. Jónsi, zaledwie kawałek ode mnie z gitarą w jeden
i smyczkiem w drugiej, jego głos hipnotyzuje, widać że
niezwykle emocjonalnie podchodzi on do swej roli, ciężko
o drugiego wokalistę, który tak wspaniale przeciąga
dźwięki nadając im dodatkowego znaczenia, do tego
nerwowy rytm perkusji, pełen odlot. Chwilkę później „Vidrar
vel til Loftarasa” i kolejne wzruszenia.
Przy
akompaniamencie TAKIEJ muzyki czas mija bardzo szybko,
wystarczyła „chwila” a zespół grał już mój ulubiony
„numer ósmy” z moich ukochanych „nawiasów”. W tym
momencie nie byłem w stanie opanować łez muzyka
wypełniła mnie, ciężko w ogóle określić to co działo się
w tym momencie. Czułem się częścią czegoś większego i
myślę, iż podobnie było z większością widowni. Z relacji
ludzi, z którymi rozmawiałem po koncercie wynika, iż
nawet Ci, którzy wcześniej sceptycznie podchodzili do
Sigura, albo wcale nie znali TEGO zespołu pokochali JEGO
muzykę. Jeszcze kilka minut i wszystko się skończyło
jednak coś z magii tego wieczoru pozostało i długo
jeszcze nie pozwalało usnąć.
Cóż
mogę napisać na końcu tej krótkiej historii, chyba tylko
tyle, że Sigur Rós to zespół wybitnie koncertowy i
chciałbym (myślę, że nie tylko ja) żeby w końcu pojawił
się on w Polsce i tym optymistycznym akcentem chciałbym
zakończyć
J.
Jano