Islandia vs Sigur Rós
LOVE IS ENOUGH
Love is enough: though the
world be a-waning,
And the woods have no voice
but the voice of complaining,
Though the skies be too
dark for dim eyes to discover
The gold-cups and daisies
fair blooming thereunder,
Though the hills be held
shadows, and the sea a dark wonder,
And this day draw a veil
over all deeds passed over,
Yet their hands shall not
tremble, their feet shall not falter:
The void shall not weary,
the fear shall not alter
These lips and these eyes
of the loved and the lover.
William Morris
(1834-
1896)
Islandia tchnie powiewem
staronordyckich opowieści, czyli tak zwanych sag,
zakonserwowanych w swojej naturalnej zamrażalni od
czasów średniowiecza. Nas najbardziej interesują
wszelkie przejawy tych aspektów Islandii, które mogłyby
w jakikolwiek sposób skierować nas ku poznaniu podłoża
na jakim wyrośli autorzy brzmień, których słuchamy,
które to wprawiają nas w zachwyt. Wygląda na to, iż sagi
islandzkie nie stanowią żadnej pierwszoplanowej roli w
rozwoju Sigur Rós (choć kto wie?). Jednak wplatają się
one w kulturę islandzką, dlatego nie wykluczone, że
Sigur Rós kryje w sobie choć małą cząstkę starej
tajemnicy, która nie daje spokoju temu, kto choć raz
poczynił próbę odkrycia jej głębi.
W dziewiętnastym wieku
jeden z Prerafaelitów (grupy artystów malarzy,
projektantów, rzeźbiarzy i poetów brytyjskich),
mianowicie William Morris, skierował swą szczególną
uwagę właśnie na Islandię. Wielką pasją otoczył on
mityczną Ultimę Thule, magiczny kraniec świata; ciekawa
jestem jak zareagowałby na zjawisko jakim jest Róża
Zwycięstwa. Myślę, że nie tylko jemu, ale całej grupie
prerafaelickich artystów zespół przypadł by do gustu;
każda sfera prerafaelickiej twórczości tonie w kwiatach,
płatkach róż oraz bardzo „sigurosowatej”, zresztą,
atmosferze. Swój pobyt w Islandii Morris opisał w
utworze epickim: Sigur The Volsung, gdzie ewidentnie
widoczna jest jego fascynacja sagami. Niestety trudno mi
znaleźć czas by to wszystko potłumaczyć, zajmowałam się
Prerafaelitami w czasie studiów, pozostał mi po nich
sentyment, a zarazem pewna kwiecista refleksja, którą
nasunął mi wiersz Williama Morrisa wyrażający jego
uczucia wobec piękna Islandii, Love Is Enough (Miłość
wystarcza). Przedstawię moje nieudolne tłumaczenie tego
wiersza, mam bowiem na względzie przekazanie jedynie
jego sensu:
Miłość wystarcza
Miłość wystarcza: choć
świat wyczerpany
I bór bezgłośny, lecz żalu
pełen
Choć niebo zbyt ciemne dla
przyćmionych oczu by dojrzały
Jaskry i stokrotki sypiące
pod stopami swym jasnym kwieciem,
Choć wzgórza owiane
cieniem, a morze ciemną zadumą,
A dzień dzisiejszy woalką
schronił minione czyny,
Lecz ich dłonie nie drżą, a
stopy nie potykają się,
Przestrzeń ich nie nuży,
obawa nie zmienia,
Usta i oczy kochanej i jej
kochanka.
Istnieje tyle
interpretacji, ilu interpretatorów, dlatego nie uważam,
że moja jest słuszna i doskonała. Przedstawiam swą
wizję, opartą jedynie na wyobrażeniu. Czy ono się
zmieni, po realizacji mego Isiowego marzenia?
Gdzieś tam w ciemności, w
warunkach, które na pozór nie stwarzają klimatu do
życia, nie sprzyjają rozkwitowi, drzemie siła, potęga
uczuć, której w normalnym świecie nie dostrzegamy z
takim nasileniem, gdyż rozkłada się ona w miarę
równomiernie we wszystkie strony. Tutaj jest
skumulowana, czeka w głębinach cienia by nagle wybuchnąć
wulkaniczną erupcją i wydostać się z pieczar żalu w
krainę słońca. I to zjawisko, które metaforycznie ujął
William Morris, jest obecne w muzyce Róży, gdzie muzyka
wydobywa się spod palców artysty jakby uciekała z
mrocznej kryjówki, po czym często następuje eksplozja
„ust i oczu kochanej i […] kochanka”, eksplozja uczuć,
rytmiczny pogłos bębnów Orriego, efekt, który nie miałby
tej samej racji bytu w innych okolicznościach. Trudne,
silnie kontrastujące ze sobą warunki przyrodnicze nie
mogą nie zarysować się w sferze uczuć istot
zamieszkujących/zwiedzających te ziemie.
Opowieści, czyli sagi, już
od dziewiątego wieku charakteryzują się podobnym,
jedynym w swoim rodzaju przekazem ludzkich reakcji na to
pełne kontrastów środowisko naturalne Islandii. Już
pierwsi osadnicy borykali się z tą specyfiką wyspy
sprzyjającą rozwojowi wyobraźni, jaka zwykle rodzi się w
czeluściach świata pozbawionego światła, jednak innej,
gdyż udziwnionej chłodem przeplecionym burzą gejzerowych
fontann oraz barwnych formacji na nieboskłonie.
Opowieści, bez wyjątku, cechuje głębia psychologiczna i
swoista subtelność. W czeluściach tych, kwitną kwiaty.
Czym jest kwitnienie w ciepłym kraju, np. takim jak
Włochy? To w zasadzie nieustanny proces, kwiaty
rozwijają pąki, otwierają kielich, zamykają go, więdną
by na powrót rozwinąć kolejne pąki i ukazać nam swe
barwy. Na Islandii, gdzie kwiat czeka w ukryciu na swój
dzień, jego rozkwit nie jest takim spokojnym,
holistycznym etapem cyrkulacji praw przyrody, to nic
innego jak znana nam już islandzka prawidłowość. To
krótkotrwała eksplozja, zwycięstwo, małej skromnej formy
nad ogromem przytłaczającej ponurości. Dlatego piękno
tegoż zwycięstwa jest osobliwe, czyste, nie trudno go
nie zauważyć, kiedy zmysły wszelkich istot żywych
czekają na ów moment tak długo.
Fenomenem Sigur Rós jest
to, że udało im się wprowadzić nas, ludzi ze
słonecznego, w przewadze, kraju, (gdzie ziemię pokrywa
lód i śnieg na krótki czas, gdzie trolle i elfy nie
przeżyły by lata), w ich lodową krainę wulkanicznych
emocji. Poprzez sigurowe dźwięki i śpiew chowamy się
cali w bezmiarze innego świata. Stajemy się jego
częścią, czujemy wówczas jak miękko i wiecznie
pochłonęła nas inność, a nasze serca odżywiają się całym
bogactwem innego wymiaru uczuć. Dlatego to w nas, jak w
islandzkich kwiatach, następuje ów rozkwit, wybuch,
który czasem jest wybuchem łez, ogniem odczuć, uśpionym
gejzerem.
Alexcure
