News`y! historia grupy itp artykuły, wywiady, relacje płyty i płytki teksty i tlumaczenia zdjęcia, fotografie, widoczki niezbędnik fana fajnie odwiedzić dyskusje, wywody, rozmowy zostaw ślad wyspa, klimaty, przepisy, tradycje my Strona startowa

 

 

Sigur Ros na okładce „Trax” może być dla was zaskoczeniem. Ten wysoko notowany w naszych ankietach, subtelny i błyskotliwy islandzki kwartet „post-rock-ambient” przekonuje, że dzisiejszą muzykę elektroniczną najlepiej określać nie kategoriami granic gatunków, ale poprzez otwarty umysł.

 

„Lubicie zupę?” pyta nas śmiejąc się Jonsi, wokalista Sigur Ros pochylający się nad kuchenką, podekscytowany pomysłem przygotowania obiadu dla francuskiego tria – dziewczyny, fotografa i dziennikarza, którzy przybyli do Islandii spotkać muzyczną rewelację 2000 roku. Widok zrelaksowanego Jonsiego, na luzie, z łakomym uśmieszkiem na twarzy mógłby zaskoczyć nie jednego. Słuchając niemal nierealnego "ágaetis byrjun", który łączy przestrzeń dzielącą materializm wokalnego rocka, elektroniczną abstrakcję ambientu i skłaniającą do myślenia muzykę klasyczną było nam o wiele prościej wyobrazić sobie Jonsiego jako delikatnego elfa unoszącego się w powietrzu, niż dziwnie wyglądającego kucharza w różowych kapciach z ufnością mieszającego gotujące się danie napełniające pokój niesamowitym zapachem czosnku. Orri, cichy perkusista, Kjarri – flegmatyczny klawiszowiec i Georg, luzak grający na basie – wszyscy podzielają wraz z ich wokalistą to samo zamiłowanie do dobrego jedzenia i wina. Choć wcześniej delektowaliśmy się domowym „minestrone” Georg narzekał, że nie mógł nas uraczyć swoim słynnym „guacamole”, ze względu na to że jeden z tajemniczych składników zniknął w drodze z supermarketu. Kiedy Jonsi kończył przygotowanie swojego dania dyskutowaliśmy bardzo długo wszelkie za i przeciw hiszpańskich czerwonych win Rioja i Ribeiro, co przeniosło nas daleko od świata muzyki.

Bardzo dyskretna muzyka sączyła się w skromnym trzy-pokojowym mieszkaniu Jonsiego, znajdującym się na wzgórzach Rejkyaviku, świetnym punkcie widokowym do podziwiania licznych sztucznych ogni rozjaśniających islandzkie niebo w święto Trzech Króli. Orri – fan Sepultury, jak tylko przyszliśmy włączył starą płytę i mogliśmy słuchać lokalnego piosenkarza z lat 60tych, przypominającego Marcela Amonta i Franka Sinatrę. Za 200 franków za płytę i pomimo ostatnich sukcesów zespołu nie dziwi nas, że półki w mieszkaniu nie są pełne płyt CD. Ta muzyczna niewinność ma wiele wspólnego z magią Sigur Ros i jest podstawą ich naturalności. Ale oto nadszedł czas żeby skosztować zupy. Wegetarianin i zdecydowany przeciwnik tytoniu – co zmusiło dwoje moich towarzyszy oraz resztę członków zespołu do zapalenia papierosów na zewnątrz, w 10 stopniowym mrozie – Jonsi udowadnia, że jest wyśmienitym kucharzem, nawet jeśli poza czosnkiem, pepperoni i (nie halucynogennymi) grzybkami prawie nie da się rozpoznać innych składników tego dania. Unikalne jest również wrażenie które ogarnia nas kiedy uświadamiamy sobie, że jemy obiad z najbardziej niedostępnym zespołem. Aura tajemniczości („tylko jeden z nich mówi po angielsku” powiedziano nam błędnie kiedy wyjeżdżaliśmy) okazała się grubo przesadzona. Czterech zwykłych, młodych ludzi tworzących jednak niesamowitą, nadzwyczajną muzykę poza wszelkimi schematami: to może być tajemnica cudu Sigur Ros. Próbowaliśmy to wyjaśnić zaraz po jedzeniu (islandzkiego) sera.

Po pierwsze, co Wam się spodobało w pokazaniu się na okładce ‘traxa’?

Jonsi: to elektroniczny magazyn i pomyśleliśmy, że byłoby zabawnie wyobrazić sobie wygląd twarzy fana muzyki hardcore-techno (naśladuje dźwięki techno: pfuit pfuit pfuit) kiedy zobaczą nas na okładce.

A nie wydaje Wam się, że Wasza muzyka jest tak samo bliska elektronicznej i ambientowej jak rockowej?

Georg: Dzisiaj wszyscy doszukują się wpływów różnych gatunków muzycznych nie zwracając uwagi na to skąd pochodzą i z jakim rodzajem muzyki są kojarzeni. Muzyka coraz bardziej wymyka się dawnym kategoriom.
Jonsi: na przykład nie wydaje mi się, że jesteśmy gitarowym zespołem, ale dla prasy jest zwyczajnie o wiele prościej wrzucić nas do takiej szuflady.

Czy pracujecie z maszynami?

Jonsi: pracujemy z syntezatorami i komputerami tylko w fazie produkcji nagrań, ale nie używamy maszyn podczas prób i na koncertach, nie ma tam elektronicznych efektów.

Myślicie że w przyszłości Wasza muzyka mogłaby się stać bardziej elektroniczna?

Georg: naprawdę nie wiem. Odkąd zaczęliśmy razem grać nigdy nie planowaliśmy niczego na zasadzie „to zrobimy a tego nie”, ale zawsze uważaliśmy że „cokolwiek będzie, to będzie”

Co mieliście na myśli kiedy zdecydowaliście się zrobić to dziwne zdjęcie?


Jonsi: nie podobają nam się te wszystkie zdjęcia, które robiliśmy na tle islandzkich krajobrazów. Te zdjęcia niczego nie przekazują, tylko nasza muzyka. Zdjęcie z upośledzonymi osobami, występującymi w naszym wideoklipie oddaje idealnie naszą szczerość, wrażliwość i czystość, którą chcemy przekazać. Dlatego też na naszych okładkach umieszczamy dzieci, bo są pełne niewinności, do której wszyscy jesteśmy przywiązani.
Georg: poza tym to rzuca trochę światła na pracę zespołu teatralnego (perlan), który stara się pomóc trisomics prowadzić normalne życie.

Czy diabelska postać to Wasza fantazja?

Jonsi: o nie, to zbyt wyczerpująca praca! (śmiech)
Georg: to taki żart, żeby złamać nasz typowy wizerunek.

Słuchając "ágaetis byrjun" ma się wrażenie, jakby wkraczało się w inny wymiar...

Georg: proces tworzenia tej muzyki jest naturalny. Zaczynamy grać i to co słyszysz na płycie to rzeczywiste dźwięki naszych instrumentów. Mamy otwarte umysły, co pewnie ma związek z tym uczuciem przestrzeni.
Jonsi: od samego początku nigdy nie dyskutowaliśmy na temat kierunku, w którym będzie zmierzać nasza muzyka. Jesteśmy całkowicie spontaniczni w naszych muzycznych podróżach.

Jakie uczucia chcecie przekazać w swojej muzyce?

Georg: każdy rodzaj emocji. Jeśli ludzie czują smutek lub radość słuchając "ágaetis byrjun" to jesteśmy zadowoleni, bo to oznacza że nasza muzyka ma na nich wpływ, a więc nasza praca nie jest bezsensowna.

Jak wytłumaczycie fakt, że Wasza muzyka idealnie pasuje do ludzkich wyobrażeń o Islandii?

Georg: może nasza muzyka jest jak islandzkie krajobrazy: otwarta i przede wszystkim dzika.
Jonsi: nie ma wielu miast w Islandii, stąd wydają się tak wielkie choć w rzeczywistości są bardzo małe.

Czy tworzylibyście taką samą muzykę mieszkając w Paryżu czy Londynie?

Georg: jeśli przeprowadzilibyśmy się dzisiaj, to tworzylibyśmy tę samą muzykę, ponieważ jesteśmy Islandczykami. Islandia to nasz kraj. Kochamy ją i jest ona głęboko zakorzeniona w naszych umysłach. Myślimy jak Islandczycy. Gdybyśmy urodzili się w innym miejscu, nasza muzyka byłaby zupełnie inna.

Zadeklarowaliście, że chcecie zmienić muzykę na zawsze...

Georg: to bardziej żart niż poważne oświadczenie.
Jonsi: to był nasz główny cel, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami. Jak tylko zaczęliśmy pracować i spotykać ludzi z branży muzycznej szybko zrozumieliśmy, że bardzo trudno będzie zmienić pewne rzeczy. (śmiech)

Wasza muzyka wydaje się być przepełniona duchowością...

Jonsi: tak. (powiedział to tak cicho, że wszyscy się roześmiali) Najlepsza rzecz dla mnie, to uczucie jedności, kiedy tworzymy. Gramy jak byśmy byli jednym. Rzeczy idą bardzo naturalnie. To uczucie związane jest z podświadomością, czymś niewytłumaczalnym. Jeśli zaczniesz dyskutować w nieskończoność o muzyce, to tracisz całą spontaniczność. To marnotrawstwo!
Georg: Prawdopodobnie jesteśmy najgorszym na świecie zespołem jeśli chodzi o dyskusje na temat nas i naszej muzyki. Zawsze odpowiadamy „nie wiemy”, bo po naprawdę nie wiemy jak to wszystko się dzieje. Dla nas efekty są prawdziwą magią.
Jonsi: „Sigur Ros: oni nie wiedzą co robią!” – dobry tytuł dla Waszego artykułu. (śmiech)

Poza nielicznymi, którzy mówią po islandzku nikt nie rozumie słów. Czy słowa są dla Was ważne?

Georg: słowa są dla nas ważne, ale nie trzeba znać języka żeby je rozumieć. Jak każdy inny instrument głos przenosi uczucia bez wypowiadania czegokolwiek sensownego. To przede wszystkim język muzyki, który przekazuje słuchaczom emocje.
Jonsi: kiedy śpiewam po islandzku, słowa mają znaczenie. Śpiewam o codziennym życiu, moje teksty są dość cierpkie, ale trudno je przetłumaczyć, bo w islandzkim słowa mają wiele kompletnie różnych znaczeń. Kolejne piosenki będą śpiewane w całości w ‘hopelandzkim” i nie będą miały klasycznych tekstów, to tylko dźwięki. Daje mi to dużo swobody w pisaniu, ponieważ nie muszę adaptować słów do muzyki i na odwrót.
Georg: nawet jeśli to jest nieco pretensjonalne, wydaje mi się że najlepszy sposób na opisanie tego co robimy, to porównanie do malarza, który nie myśli o niczym konkretnym kiedy trzyma pędzel. Ktoś wchodzący do pracowni stwierdza: „Oh, to wygląda jak letni pejzaż” i to odnosi się do tego co (ów artysta) stworzył. Nasze utwory są właśnie takie. Żywe obrazy nabierające znaczenia dla ludzi którzy ich słuchają, chociaż nie miały konkretnego zamysłu kiedy je tworzyliśmy.

Kiedy mówi się o Sigur Ros pojawiają się zawsze te same nazwy (Radiohead, Mogwai, My Bloody Valentine, Cocteau Twins). Czy to wam przeszkadza?

jonsi: nie, ale to typowa dziennikarska potrzeba wrzucania wszystkiego do jakichś szufladek. Porównania do znaczących artystów są ekscytujące, nawet jeśli czasem stanowią spory ciężar. Porównanie do Cocteau Twins mnie rozśmiesza. Nigdy o nich nie słyszeliśmy zanim media nie powiedziały nam o nich.
Georg: nigdy ich nie słuchaliśmy, podobnie jak My Bloody Valentine. Na początku zapytaliśmy The Bloody kto? (śmiech) Jako zasadę przyjęliśmy nie interesować się tym co ludzie o nas mówią, bo wiemy kim jesteśmy.

Czy czujecie się pokrewieństwo z artystami ze sceny elektronicznej?

Orri (przełamał milczenie): dużo ich słuchamy.
Jonsi: głównie Boards Of Canada i Aphex Twin, nasza wytwórnia Fat Cat jest znana na tej scenie i ma całkiem niezły gust ale ja lubię dużo kapel z gatunku labradford i post-rock .
Georg: ostatnio odkryłem Japońską kapelę Fantastic Plastic Machine – jest naprawdę świetna.

Czy myślicie o zrobieniu remiksów ostatniego albumu?

Georg: dlaczego nie? Wiemy że Trent Reznor chce zrobić remix, to byłoby bardzo interesujące. (śmiech)
Jonsi: podoba mi się pomysł oddania naszej muzyki innym ludziom i obserwowania co z nią zrobią. W przyszłości chcielibyśmy zremiksować inne zespoły, nie mieliśmy na to zbyt wiele czasu do tej pory.

Jonsi, akcentowana jest zawsze Twoja osobowość. Czy to nie stwarza napięcia w zespole?

Jonsi: staramy się nie interesować tym co ludzie o nas myślą. Jesteśmy naprawdę dobrymi przyjaciółmi, razem gramy i jedyna naprawdę ważna rzecz to pozostać razem. Każdy muzyczny szczegół to nasza wspólna praca.
Georg (żartuje): moja gra na basie jest lepsza od głosu Jonsiego. A poważnie, każdy w zespole jest na równych prawach, razem tworzymy piosenki, nawet jeśli Jonsi wymyśla większość tekstów. Właśnie świętowaliśmy naszą siódmą rocznicę i myślę, że nic nie jest już nas w stanie zaskoczyć. Całe to dzisiejsze zamieszanie wokół Sigur Ros to tylko dodatek.

Czy lubicie koncertować?

Georg: bardzo, ale wolimy kiedy publiczność siedzi i pozwala sobie odpłynąć z naszą muzyką. Sposób w jaki ludzie reagują jest zasadniczy. Czasem możemy po aplauzie możemy stwierdzić jak odbierają naszą muzykę co czują. Upokarzające jest natomiast kiedy ludzie są pijani, cały czas będąc na scenie zastanawiamy się wtedy dlaczego nas nie słuchają. Bardzo często mamy ochotę przestać grać gdy widzimy, że tak się dzieje.

Jakie wspomnienia macie z wspólnej trasy z Radiohead?

Georg: litry szampana!
Jonsi: to było kompletnie nierealne zagrać przed tak wielkimi tłumami ludzi. W sumie liczba sięgająca populacji Islandii a do tego czasu graliśmy w pubach i nagle stajemy przed 30.000 ludzi.
Georg: na szczęście faceci z Radiohead starali się na ile to możliwe odseparować od tego megagwiazdorskiego rock’n rolowego cyrku. Pozostali sobą i w zasadzie są całkiem nieśmiali.

Co sądzicie o ‘poważnym’ wizerunku, z którym jesteście utożsamiani?

Jonsi: to kolejna rzecz stworzona przez media. Nasze osobowości nie są do końca zrozumiane.
Georg: nasza muzyka jest i to się liczy. Wszystko co mówimy jest rozdmuchiwane. Powiesz słowo i zrobią z tego książkę. Jesteśmy poważni poprzez sposób w jaki patrzymy na naszą muzykę, ale świetnie się bawimy tworząc. Niektóre nasze piosenki dostarczają nam wiele śmiechu. Bycie szczerym i głębokim podczas dobrej zabawy nie jest niemożliwe.

Islandczycy mają reputację imprezujących przez cały weekend...

Jonsi: bardzo lubimy imprezować.
Georg: to bardzo zdrowe zapomnieć o wszystkim i dać w chwili szaleństwa ujście całej tej parze zebranej przez tydzień. Na drugi dzień masz kaca, ale bawiłeś się dobrze.


Żeby zademonstrować nam ten fakt, Jonsi i Georg wzięli nas kilka minut później na szaloną, nocną islandzką imprezę, gdzie temperatura była zupełnym przeciwieństwem tego co na zewnątrz. Pierwszy przystanek jako „przed” (do 2 w nocy sprawy nigdy nie robią się poważne) to „Kaffibarrin” – mały bar, w którym Sigur Ros są stałymi gośćmi. Dj ślizgający się po cudach muzyki reggae-dub (scientist, mickey dread, dr alimentado), wypiliśmy sporo litrów „Vikinga” – lokalnego piwa, dyskutując z Georgiem, Jonsim i kilkoma bliskimi przyjaciółmi o wspaniałościach Francji, kraju, który zdaje się być wielką pasją Islandczyków (kobiet i mężczyzn). Sam Jonsi marzy o domu w Prowansji.

W Kaffibarinn, przytulnym miejscu dla młodych bywalców oraz artystów z Reykjaviku obecność dwójki z Sigur Ros nie przeszła niezauważona. Ich ostatni album okupował pierwsze miejsce w lokalnych listach przebojów długimi tygodniami. Pomimo tego żadnych oznak presji czy agresji: Islandia to mały kraj, gdzie każdy wie wszystko o każdym. Jeden z ich przyjaciół opowiada nam jednak o tym, jak zaskoczył go sukces jego licealnych znajomych: „znam ich od bardzo dawna i kiedy otwieram Rolling Stone i widzę artykuł na ich temat aż trudno mi w to uwierzyć”.

Kilka ‘Vikingów” i kilka godzin później sława naszych towarzyszy pozwala nam uniknąć perspektywy zamarznięcia w kolejce – i wchodzimy wprost do środka klubu, gdzie chwilę później ma zagrać Carl Craig. "gaukur á stöng" to najważniejszy klub w mieście – składający się z trzech kondygnacji dla dzikiego i gorącego islandzkiego tłumu, który wydaje się bawić jakby to był ich ostatni dzień na ziemi. Jedna rada: jeśli chcecie imprezować, to zapomnijcie o Londynie, Ibizie, Cyprze czy Goa, ponieważ Reykjavik jest najlepszym miejscem. Jedyny problem to 50 franków za piwo i 80 za gin z tonikiem, co wyjaśnia dlaczego ludzie spędzają czas w domach aż do północy pijąc własny alkohol zanim wyjdą do klubu. Na szczęście od pamiętnego występu w tym klubie Sigur Ros mają ‘otwarty bar’ co jest z korzyścią dla wszystkich, którzy im towarzyszą. Widok Georga i jego przyjaciół – rockowych ikon, wijących się szaleńczo w rytmach setów muzyki Carla Craiga pozbawił nas wszelkich wątpliwości dotyczących naszej obecności w tym miejscu, tej nocy.

„Pieprzyć purystów.”

 

Tłumaczenie: bartek@sigur-ros.art.pl

 

     

 

news : zespół : artykuły : dyskografia : teksty : galeria : media : linki : forum : księga gości : Islandia : autorzy

 

design by Ludio 2004 - Identyfikacja Wizualna